Organizator
Fundacja Nowoczesna Polska
Avatar

Wakacje z prawem autorskim

7 lipca 2018 12:23
Krzysztof Siewicz

Parlament Europejski odłożył dalsze prace nad reformą prawa autorskiego do września, otwierając jednocześnie możliwość zgłaszania poprawek do projektu dyrektywy. Protesty ustały, Wikipedia znów działa (#acta2 :) ). Zanim wszyscy rozjedziemy się na wakacje zobaczmy gdzie stoimy w debacie o tym jak chcemy, żeby wyglądał internet.

Według ostatnio dyskutowanej wersji dyrektywy „platformy internetowe” musiałyby zawierać umowy licencyjne z uprawnionymi (autorami, wydawcami). Jeżeli taka umowa nie zostałaby zawarta, miałyby obowiązek wdrożyć „mechanizmy przeciwdziałające dostępności materiałów naruszających prawa autorskie”. W największym skrócie serwisy będą musiały mieć coś na kształt ContentID YouTube.

Zakładany efekt jest taki, że jak ktoś wrzuci cudzy utwór na taki serwis, to autor albo dostanie pieniądze, albo post zostanie uprzednio wyłapany i zablokowany. Pierwsze oczywiście dopiero wtedy, gdy autor zawrze z serwisem umowę. Drugie wtedy, gdy autor dostarczy serwisowi informacje, co serwis ma blokować. W największym skrócie – autor będzie przesyłał serwisowi swoje utwory, żeby było z czym porównywać posty użytkowników.

Jak indywidualny autor będzie sam zarządzał zawieraniem umów i przesyłaniem swoich utworów wszystkim serwisom? Nie wiadomo. W praktyce te przepisy tworzą więc niszę dla zbiorowego zarządu i może kilku największych wydawców i producentów. Chcąc uczestniczyć w tym systemie, autorzy będą zapewne musieli korzystać z ich pośrednictwa. A konsekwencje konieczności korzystania z pośrednictwa niewielkiej liczby wydawców znamy z historii. Tak wyglądała rzeczywistość uczestniczenia w kulturze w XIX w., kiedy Juliusz Verne musiał ugiąć się pod presją wydawcy i zmienić narodowość Kapitana Nemo. W pierwotnej wersji był on Polakiem, co w oczach wydawcy mogło zagrozić sprzedaży książki w Rosji. Obecnie nadal wielu autorów musi szukać kompromisów pomiędzy biznes planem wydawcy a wyrażaniem siebie. Otwarty internet ułatwia im to drugie dając jednocześnie możliwość samodzielnego znalezienia nisz nabywców, do których tradycyjni, duzi wydawcy nie chcą lub nie mogą dotrzeć w efektywny sposób.

Autorzy znajdą się również po drugiej stronie tego systemu (i to o wiele bardziej automatycznie). Jeżeli tylko sami zechcą wrzucić swoje prace na jakikolwiek serwis społecznościowy, to system sprawdzi, czy te prace nie naruszają innych praw. Jeżeli taka grafika, opowiadanie, muzyka lub film są podobne do tego, co już wcześniej „zgłosili” wydawcy, z którymi serwis już współpracuje, to post zostanie zablokowany (a jeżeli nie, to ten wydawca dostanie za to wynagrodzenie). Zastosowany mechanizm w przypadku grafik będzie zapewne podobny do wyszukiwania obrazem.

Od błędnych decyzji będzie się można odwoływać. Jak jednak indywidualny autor będzie zdolny odwoływać się od (każdego z) zablokowanych mu postów przez wszystkie serwisy, z których sam chce korzystać? Autorzy zdecydują się raczej dostosować do sposobu działania filtrów. Dla przykładu, jeżeli automat uzna Twój komiks za zbyt podobny do Marvela, to następnym razem po prostu zmienisz swoją kreskę. Może być to trudne, jeżeli istota Twojej pracy polega na tym podobieństwie (jak np. parodia, twórczość fanowska, found footage, recenzowanie). Odwoływanie się to zatem kolejna nisza dla pośredników.

O tym, jak te dwa rodzaje pośrednictwa mają być zorganizowane, żeby nie było nadużyć wobec autorów dyrektywa na razie milczy. Możemy tych zasad poszukać w innych przepisach, jak na przykład w niedawno uchwalonej dyrektywie o zbiorowym zarządzie. Jest ona obecnie wdrażana do prawa polskiego z nadziejami na zwiększenie transparentności tych organizacji.

Podsumowując, dyrektywa w aktualnym brzmieniu szykuje nam dość skomplikowany system pośrednictwa pomiędzy autorami a odbiorcami, z perspektywą kilku-kilkunastoletniego okresu docierania się rządzących nim zasad. To, czy te zasady będą ostatecznie służyć autorom nie jest w żaden sposób zagwarantowane. Znacznie bardziej pewne jest natomiast to, że w wyniku tego procesu zostanie umocniona kontrola nad tym co możemy robić w internecie, sprawowana przez pośredników – platformy internetowe wspólnie z organizacjami zbiorowego zarządzania oraz dużymi wydawcami i producentami.

Ponieważ jednak we wrześniu dyskusja zostanie otwarta na nowo, nadal można postulować dogłębne przemyślenie całego systemu. Czy można lepiej zorganizować pośrednictwo między autorami a odbiorcami? Cory Doctorow, w swojej książce Information Doesn’t Want to Be Free proponuje kilka rozwiązań, którym warto przyjrzeć się bliżej. Ich wspólnym mianownikiem jest ograniczenie kontroli pośredników nad kulturą, na rzecz swobody twórców i odbiorców.

Cory proponuje między innymi skrócenie terminu ochrony prawa autorskiego. Podaje przykład jednej z pierwszych regulacji w tym zakresie, która opiewała na 14 lat z możliwością odnowienia na kolejne 14 lat. Doctorow sugeruje, że wydawca zmuszony po 14 latach renegocjować umowę z autorem jest o wiele bardziej skłonny zaoferować mu wyższe wynagrodzenie niż przy jakimkolwiek innym systemie ochrony.

Nie chodzi jednak tylko o proste skracanie tego terminu (zresztą granicą jest 50 lat od śmierci autora, bo tyle wymaga konwencja berneńska, a aktualnie wynosi on 70 lat). Chodzi o zwiększenie możliwości dostosowania wynagrodzenia autora w obliczu np. znacznego wzrostu przychodów wydawcy. Istniejące mechanizmy temu służące wymagają zaangażowania autora, organizacji zbiorowego zarządzania, prawników, sądów. Znacznie lepszy efekt miałoby wpisanie do prawa autorskiego przepisu wymagającego renegocjacji wynagrodzenia za dotychczasowo udostępnione wydawcy utwory, w bardziej realnych interwałach. Nawet, jeżeli autor prawa na wydawcę przeniósł, prawo mogłoby wymuszać automatyczny ich powrót do autora po pewnym ustalonym okresie. Nie rozwiąże to wszystkich problemów, ale będzie krokiem w dobrym kierunku.

Co ważne, prawo musi gwarantować, że pośrednik nie uzyska przewagi nad autorem nie tylko za pomocą umowy, ale też środków technicznych – duża część książki Doctorowa jest poświęcona argumentowaniu przeciwko zabezpieczeniom utworów (DRM), gdyż służą one bardziej stosującym je platformom, a nie samym autorom. Istotnie, cóż bowiem autorowi z przywrócenia mu praw, jeżeli nadal musi powierzyć je platformie stosującej zamknięty, ale bardzo popularny format danych, dostępny tylko dla użytkowników tej platformy?

Drugą propozycją Cory’ego jest „licencja blankietowa”, która w największym skrócie jest bardzo podobna do naszej propozycji legalizacji niekomercyjnego dzielenia się plikami (w wersji Cory’ego to dostawcy internetu pobierają od użytkowników opłatę zezwalającą im swobodnie dzielić się utworami, a autorzy otrzymują wynagrodzenie dzielone na podstawie transparentnych obliczeń). Warto dodać, że istotnym warunkiem powodzenia tego typu koncepcji jest otwartość danych o popularności i wykorzystaniu utworów w internecie. Obecnie dane te są własnościowym aktywem poszczególnych serwisów, a to autorzy są najbardziej zainteresowani dostępem do nich (bo dzięki pełnym informacjom o zachowaniach swojej widowni mogą wchodzić z nią w bardziej bezpośredni i zrozumiały dialog, a także po prostu wiedzą, komu bezpośrednio zaoferować swoją twórczość do kupienia). UE prowadzi szereg działań zmierzających do otwierania i swobodnego przepływu danych, i aż prosi się, aby w ramach projektowanej dyrektywy wymagać od wydawców, producentów i licencjobiorców udostępniania autorom (zanonimizowanych) danych statystycznych.

Wspólnym mianownikiem tego typu propozycji jest dążenie do zapewnienia większej neutralności i bardziej pasywnej roli pośredników pomiędzy twórcą a odbiorcą. Prawo nie gwarantuje tego obecnie, a projekt dyrektywy w obecnym kształcie idzie w dokładnie odwrotnym kierunku. To zresztą temat bardziej szeroki niż prawo autorskie. Po wakacjach wróćmy zatem do rzeczowej rozmowy na temat tej roli. Zachęcamy do rzeczowej dyskusji, zapraszamy na CopyCamp (5-6 października w Warszawie)!

(grafika: Conspiracy Keanu – czy narusza prawo autorskie? Ufamy Przedstawicielstwu Komisji Europejskiej w Polsce, że nie.)

Komentarze

Dodaj komentarz