Organizator
Fundacja Nowoczesna Polska
Wspierane przez
Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
Avatar

Bezpieczna przystań, wynagradzanie twórców, wolny Internet

24 czerwca 2015 15:55
Krzysztof Siewicz

„Bezpieczna przystań” to popularne określenie na wyłączenie odpowiedzialności pośredników internetowych za naruszenia dokonywane przez osoby korzystające z ich usług. Przepis ten jest często przedstawiany z jednej strony jako gwarancja wolnego Internetu, a z drugiej jako powód ubożenia twórców, producentów i wydawców. Tymczasem obie strony nie mają racji, a w dyskusji tej miesza się niepotrzebnie kwestię odpowiedzialności za naruszenia praw autorskich, wolności Internetu i wynagradzania autorów. Kluczowe jest, aby te kwestie wyraźnie oddzielić.

W sporze o „bezpieczną przystań” chodzi zwłaszcza o przepis wyłączający odpowiedzialność dostawców usług hostingowych, na który poza „tradycyjnymi” hostingodawcami powołują się od dawna także różnego rodzaju „serwisy społecznościowe”. Według opublikowanych niedawno w prasie informacji, ryzyko zmiany omawianego przepisu niosła ze sobą ACTA i rzekomo dlatego została tak oprotestowana, a ryzyko to powraca w związku z toczącymi się na forum UE pracami nad regulacjami jednolitego rynku cyfrowego.

Zgodnie z tym przepisem administrator serwisu „hostingowego” nie odpowiada jeżeli spełni określone wymagania. Często (tak jak np. w prawie polskim) są one określone w taki sposób, że bardziej „opłaca” mu się zablokować dostęp do spornych danych, niż wdawać się w dyskusję, czy rzeczywiście mamy do czynienia z naruszeniem. Grozi to prywatną cenzurą, na co zresztą istnieją przykłady w obecnej rzeczywistości. Zagrożeniem wolności Internetu jest zatem na pewno system bezpiecznej przystani stymulujący administratorów do zbyt łatwego reagowania na zawiadomienia o rzekomych naruszeniach. Zagrożenie jest tym większe, im większe efekty sieciowe generuje dany serwis, gdyż pozwala mu to mniej liczyć się z konkurencją, która mogłaby być bardziej tolerancyjna i chętna do kontestowania zawiadomień o naruszeniach.

Jeżeli chodzi o drugi aspekt sprawy – wynagradzanie twórców i producentów, to niewątpliwie wyłączenie odpowiedzialności administratora oznacza w szczególności brak możliwości pozwania go o odszkodowanie za naruszenia praw autorskich. A taki pozew, czy nawet samo ryzyko jego wytoczenia, to jedna z potencjalnych możliwości uczestniczenia w zyskach jakie administrator serwisu czerpie z jego działania. Ale o odpowiedzialności można mówić dopiero w przypadku naruszenia, a omawiany przepis (art. 14 polskiej ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i jego odpowiednik w dyrektywie o handlu elektronicznym) nie reguluje kwestii wynagrodzenia za rozpowszechnianie treści. Przecież administrator serwisu nie dlatego nie jest zobowiązany do płacenia wynagrodzenia, że nie odpowiada za naruszenia dokonywane przez użytkowników.

Innymi słowy, samo istnienie „bezpiecznej przystani” nie jest bezpośrednio związane brakiem płatności ze strony powołujących się na nią serwisów. Powodem braku tej płatności jest przeświadczenie, że serwis z przedmiotowych utworów i praw pokrewnych nie korzysta – serwis je tylko przechowuje, a korzystają (w tym rozpowszechniają) sami użytkownicy. To, czy to istotnie prawda to kwestia okoliczności faktycznych i aż dziw bierze, że tylko nieliczni przytomni co pewien czas przypominają, że czym innym jest klasyczna usługa hostingowa (sprzedaż miejsca na serwerze), a czym innym udostępnianie kont np. w serwisach społecznościowych. A ściślej – inne są tu role usługodawców.

Warto zatem zrewidować przekonanie, że „usługą hostingową” można obecnie nazwać praktycznie wszystko co oferuje się w Internecie, szczególnie wobec dość przecież pojemnego zakresu pojęcia „korzystanie”, jakie funkcjonuje w prawie autorskim, a które przecież obejmuje takie pośrednie formy jak np. reemisja (telewizje kablowe). Prawo autorskie zna zresztą przypadki nakładania opłat na producenta lub usługodawcę w sytuacji, gdy ewidentnie nie są oni korzystającymi z utworów (opłaty od czystych nośników i urządzeń wykorzystywanych do kopiowania). Chodzi tu może nie tyle o to, aby to rozumienie „korzystania” jeszcze bardziej rozciągać, co raczej o to, aby zastanowić się kto jest korzystającym z utworów w przypadku usług danego rodzaju. Przy czym, powyższe nie musi automatycznie pociągać za sobą nałożenia na administratorów serwisów obowiązku monitorowania i blokowania treści na żądanie twórców i producentów podobnie jak reemitenci nie mają obowiązku wpływania na treść przekazywanego sygnału (a wręcz jest to im w pewnym sensie zakazane).

Natomiast niezależnie od dyskusji na temat obowiązku różnego rodzaju serwisów niekoniecznie-i-nie-całkiem-hostingowych płacenia za wykorzystywane przez nich utwory i prawa pokrewne, warto oddzielnie podjąć dyskusję na temat mechanizmu zwalniania ich z odpowiedzialności za naruszenia, a konkretnie zasadności wprowadzania jakiejś postaci obowiązku monitorowania legalności „przechowywanych” danych. I tu mamy kolejny, zasygnalizowany już wyżej paradoks – bo to właśnie obecny kształt art. 14 uśude stanowi zagrożenie dla wolności słowa w Internecie, poprzez faworyzowanie zachowania administratorów polegającego na blokowaniu wszystkiego w odpowiedzi na w zasadzie jakiekolwiek zawiadomienia kierowane przez rzekomych uprawnionych. W dość dużym skrócie daje on im łatwą wymówkę dla bardzo swobodnego rezygnowania z udostępniania treści ich użytkowników.

Mało tego, jak wynika z ostatnich doniesień prasowych, zapadłe niedawno w sprawie serwisu „Chomikuj” orzeczenie wręcz zobowiązuje serwis do aktywnego monitorowania przechowywanych treści. Z niecierpliwością czekamy na uzasadnienie tego wyroku, a poniżej komentarz w oparciu o informacje prasowe. Serwis ma podobno wpisywać w wyszukiwarkę Google określone przez sąd słowa i blokować dostęp do plików znajdujących się w pierwszych pięciu wynikach wyszukiwania. Cóż – niewątpliwie pozytywnym aspektem sprawy jest to, że sposób cenzurowania treści określił sąd, a nie prywatny podmiot. Ale nawet sąd nie jest w stanie przewidzieć co konkretnie znajdzie się w pierwszych pięciu wynikach wyszukiwania i czy będą to rzeczywiście nielegalnie rozpowszechniane filmy. Co więcej, jeżeli to orzeczenie się utrzyma, może dojść do wykształcenia się praktyki polegającej na określaniu słów do monitorowania już bez udziału sądu, co spowoduje, że zagrożenie prywatnej cenzury wzrośnie.

Ale z ostateczną oceną tego orzeczenia poczekajmy, aż będzie dostępne jego pisemne uzasadnienie. Tym bardziej, że jest niezwykle ciekawe w jaki sposób sąd znalazł podstawę prawną do nałożenia obowiązku monitorowania w obliczu wyraźnego art. 15 uśude, który ma przeciwne brzmienie. Być może sąd uznał, że serwis nie jest jednak serwisem hostingowym? Ciekawe też będzie porównanie rozumowania polskiego sądu z rozumowaniem przeprowadzonym przez ETPCz w sprawie Delfi v. Estonia, w której uznano odpowiedzialność operatora portalu z uwagi na niedostateczne monitorowanie treści (polecam tam zwłaszcza zdanie odrębne sędziów Sajo i Tsotsoria, z którego wynika, że wyłączanie odpowiedzialności pośredników ma swoją długą tradycję i znaczenie w budowaniu wolności słowa).

W każdym razie, na tę chwilę wygląda, że rozwój wypadków zmierza w kierunku wzmacniania prywatnej cenzury, nie przyczyniając się bynajmniej do wynagradzania twórców. Czy to istotnie właściwy kierunek? Zastanawiając się nad tym, jak to wszystko powinno zostać prawidłowo uregulowane zacznijmy może od spostrzeżenia, że przesłanką braku odpowiedzialności nie musi być przecież wcale monitorowanie ani zablokowanie spornych danych. Istnieją znacznie lepsze z punktu widzenia wolności słowa i innych praw obywatelskich metody. Dobrym przykładem jest kanadyjski system „notice and notice”, w którym ISP jest czymś w rodzaju skrytki pocztowej pomiędzy użytkownikiem a uprawnionym. System ten ma oczywiście swoje własne wady, bo kanadyjskie doświadczenia pokazują, że bez dodatkowych gwarancji może służyć rozwojowi copyright trollingu. Ale gwarancje takie mogą zostać wprowadzone, wolność słowa zabezpieczona, a wynagrodzenia dla twórców i producentów nadal pozostawać będą zupełnie osobną kwestią.

Komentarze