Organizator
Fundacja Nowoczesna Polska
Wspierane przez
Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
Avatar

Blokowanie reklam i blokowanie blokujących

28 października 2015 14:54
Krzysztof Siewicz

Zdarza mi się korzystać z Internetu za pomocą cudzego komputera. Zwykle wtedy strony ładują się wolniej i jest na nich dużo dziwnych obrazków, filmików lub animacji – reklam. Wtedy uświadamiam sobie co zyskuję dzięki zestawowi kilku dodatków do przeglądarki, które te wszystkie reklamy blokują. Ostatnio coraz częściej o tym dobrodziejstwie przypominam sobie także przed własnym komputerem. A ściślej, przypominają mi o tym odwiedzane strony, gdyż w miejsce reklam wyświetlają mi rzewny tekst o tym, że bez reklam nie będą w stanie się utrzymać. Niektórzy wyciągają jednocześnie rękę po jakiś datek. „To smutne” – myślę. Następnie, jak prawdopodobnie większość użytkowników blokad reklam, nie robię nic.

Okazuje się jednak, że po „drugiej stronie” czyli „w branży”, temat ten budzi znacznie większe emocje. Co prawda, według niektórych danych światowy odsetek blokujących reklamy użytkowników to tylko około kilku procent, ale odsetek ten wśród użytkowników niektórych konkretnych serwisów informacyjnych sięga podobno ok. 1/4. Dla kogoś, kto tę liczbę ujął w swoich budżetowych kalkulacjach, a co gorsza następnie sprzedał tę skórę na niedźwiedziu reklamodawcom, to konkretna kwota, której zaczyna brakować mu w portfelu. Można wtedy na przykład uwierzyć, że kwota ta istotnie się komuś należała, albo co gorsza została przez kogoś „ukradziona”. Tak na przykład niektórzy widzą sytuację, w której niektóre firmy płaciły twórcom oprogramowania blokującego całkiem spore kwoty w zamian za umieszczenie ich serwisów na domyślnej białej liście.

Ostatnio emocje te zaczęły nawet rodzić buntowników – otóż niektórzy wydawcy zdecydowali się nie wyświetlać niczego w ogóle użytkownikom stosującym oprogramowanie blokujące. Ale nie jest to tylko działanie rozkapryszonego dziecka, które obraziło się na Internet, bo odcięciu użytkowników towarzyszy oferta abonamentu, którego wykupienie pozwala rzekomo oglądać serwis bez reklam. Hmm… faktycznie niektórym udało się wdrożyć model abonamentowy, albo jakieś modele mieszane (abonament + reklamy). Nie jest to jednak na pewno możliwe dla wszystkich, a też i nie wszyscy dotychczasowi użytkownicy „adblockerów” aż tak bardzo chcą korzystać ze swoich ulubionych serwisów, że chcieliby za to zapłacić.

Jak widać mamy tu do czynienia z problemem podobnym do tego, jaki pojawia się w dyskusji o prawie autorskim w Internecie. Wielu bowiem stara się go sprowadzić do kwestii „jak wszystko będzie za darmo, to z czego twórcy opłacą swoje rachunki?” Zapewnienie twórcom środków na opłacenie rachunków to oczywiście kwestia istotna. Zwłaszcza dla samych twórców. Podobnie jak zapewnienie tych środków wydawcom, zwłaszcza gdy zamiast słowa „wydawcy” użyjemy sformułowania „czwarta władza”. No tak. Jeżeli dyskusję o kulturze ustawimy tak, że zaczniemy wyobrażać sobie przymierającego głodem artystów, a dyskusję o prasie przedstawimy jako zagrożenie dla jej wolności (a w konsekwencji dla demokracji), to może nawet najbardziej leniwi i skąpi „adblockersi” wysupłają parę groszy na abonament? A może wreszcie ktoś zacznie MI płacić za różne wypowiedzi do mediów? Tyle marzeń.

Znacznie bardziej prawdopodobne jednak, że na fali tych populizmów politycy zostaną przekonani przez lobbystów do przyjęcia rozwiązań prawnych mających rzekomo realizować te szczytne wartości przez zagwarantowanie wynagrodzenia. Niekoniecznie biednym twórcom i dobrym dziennikarzom, bo tak to zwykle się kończy.

Cóż – nie twierdzę, że nie ma przymierających głodem artystów, ani dobrych ale słabo opłacanych dziennikarzy. Powinniśmy rozmawiać o tym jak zdobyć pieniądze na kulturę i jak finansować dobre, niezależne dziennikarstwo. Zanim sięgniemy po te pieniądze drogą prawnych nakazów, warto byłoby jednak najpierw ustalić jak dokładnie w tej kwestii daje sobie radę rynek. Bo tylko naiwni uwierzą w całkowitą niezdolność twórców i dziennikarzy do utrzymania się w dobie Internetu, a jeszcze bardziej naiwni w zbawienny wpływ wynagrodzenia na jakość kupowanego produktu. Nie wspominając już o zawiłości relacji pomiędzy płaceniem wydawcy a wynagrodzeniem dziennikarza. A nie brak przecież tych, którzy na tej naiwności budują wizje, że blokowanie reklam to „kradzież”, za czym logicznie podąża postulat wprowadzenia mechanizmów przeciwdziałających tym rzekomym stratom, jak na przykład wprowadzenie prawnego zakazu blokowania.

Ale ten sam rynek, który wypracowuje sobie przecież metody finansowania kultury i dziennikarstwa pomimo blokowania reklam, tworzy nisze pozwalające zarabiać producentom oprogramowania blokującego. Ten sam rynek prowadzi jednocześnie do zagrożeń wartości innych niż wypłacalność wydawców – próby upodobnienia Internetu do tradycyjnej telewizji lub prasy grożą tym, że stracimy najbardziej wolne medium, jakie ludzkości udało się dotychczas stworzyć. Ci, którzy „blokują blokujących” przyczyniają się bowiem do powrotu do sytuacji, w której użytkownik nie ma większej kontroli nad tym co i jak ogląda. Z drugiej strony, reklamy internetowe to przecież nie tylko irytujące obrazki, ale przede wszystkim cały podłączony do nich mechanizm śledzenia użytkowników (czy wspominałem też, że stosuję dodatki do przeglądarek utrudniające śledzenie mnie? :) ). Mechanizm ten na razie raczkuje, ale gdzieś na drodze jego rozwoju jest wizja świata, w którym trafia do nas tylko taka informacja, którą chcemy usłyszeć. To nie jest dobre samo w sobie, a staje się jeszcze groźniejsze, gdy nasze pragnienia będą kształtowane przez tych, którzy uzyskają prawną lub faktyczną wyłączność na naszą uwagę.

Czy takie zagrożenie jest realne? Pewnie nie, o ile Internet pozostanie wolny w sensie możliwości rozpowszechniania tam swoich treści przez każdego i do każdego. Kolejnym warunkiem koniecznym jest brak stagnacji. Sekwencja reklamy – oprogramowanie blokujące – blokowanie blokujących, to rodzaj „wyścigu zbrojeń”, w którym kolejny ruch należy teraz do użytkowników. Ale jeżeli użytkownicy się spóźnią, to ruch ten wykona ktoś inny. Bierność jednej lub drugiej strony rodzi bowiem tylko nisze w rodzaju tej, która została zapełniona przez płatną usługę dopisania do „białej listy”. Nie każdego na tę usługę stać i nie każdy chce za nią płacić, co oznacza, że nie wszyscy mają równe szanse w walce o uwagę użytkownika. Z drugiej strony – istnienie chętnych do płacenia powoduje, że bierni użytkownicy tracą część kontroli nad tym co i jak jest im komunikowane. Obie strony muszą być zatem czujne, aby z tej gry nie wypaść.

Tymczasem okazuje się, że problemu może nie być w ogóle, bo Polacy podobno chętnie płacą za informacje, a i tak większość z nas siedzi przed telewizorem, a nie w jakimś Internecie. Czy te kilka procent użytkowników blokujących reklamy to zatem w ogóle problem wart omawiania?

Komentarze

Avatar
Marcin
2 listopada 2015 19:52

Dobry artykuł. Warto jeszcze wspomnieć o tym, że dodatki blokujące reklamy poza częściową ochroną prywatności są też w stanie w pewien sposób zabezpieczyć komputery użytkowników. Raporty firm antywirusowych mówią o narastającej fali malvertisingu, czyli reklam rozsiewających złośliwe oprogramowanie. Szczególnie w przypadku urządzeń mobilnych jest to doskonale widoczne, gdy połowa darmowych aplikacji „atakuje” reklamami w stylu „Znaleziono 13 wirusów! Wyczyść!” nakłaniającymi do instalacji różnych podejrzanych aplikacji.
Tak więc w obecnych czasach dodatki blokujące reklamy są kolejną warstwą ochrony użytkowników.

Avatar
Krzysztof Siewicz
3 listopada 2015 14:16

Cieszę się, że się podoba. Pełna zgoda – dodam tylko, że od pomysłów zakazywania stosowania blokad krótka droga do zakazu decydowania o tym co i jak uruchamia się na moim komputerze…

Dodaj komentarz