Organizator
Fundacja Nowoczesna Polska
Avatar

Kilka uwag o słowach

19 lutego 2013 17:26
Paweł Stankiewicz

Krzysztof Gutowski w serwisie bookwatch.pl, w tekście „Brzydkie słowa na «P». Antypiracka kampania prezesa «Nowoczesnej Polski»” zastanawia się nad używaniem słów pirat, piractwo, piracki w kontekście naruszeń monopoli intelektualnych. Pisze, że jeszcze niedawno te słowa miały jasne i oczywiste dla wszystkich znaczenie tak, jak miało je słowo koń dla Benedykta Chmielowskiego. Czytamy m. in.: „Określenia te nie niosły za sobą specjalnie negatywnego przesłania.”

Dalej pisze o kampanii jaką Jarosław Lipszyc, prezes fundacji Nowoczesna Polska, prowadzi przeciwko używaniu tych słów w debacie o prawie autorskim.
Krzysztof Gutowski zastanawia się zatem, czy rzeczywiście terminy „pirat”, „piractwo” stygmatyzują ludzi i firmy, które są nimi określane. Poszukuje znaczenia tych słów w przepisach prawa, słownikach, encyklopediach, popularnych utworach kultury masowej („Piraci z Karaibów”) czy tekstach dziennikarzy i publicystów (wybierając takich, którzy piszą jednak z pewną estymą o „piratach”, jak choćby tekst błędnie przypisany Krzysztofowi Sienkiewiczowi1, autorstwa Andrzeja Sienkiewicza – publikowany także na stronie prawokultury.pl).
Powołuje się także na „rozwój ruchu określającego się mianem «Partia Piratów»”. W konkluzji zauważa, że można stwierdzić, że „Pirat to brzmi dumnie”. A dzisiaj to przedstawiciele „XIX wiecznego przemysłu rozrywkowego” pełnią niewdzięczną rolę chciwych kapitalistów, którzy dla zysku usiłują zatrzymać postęp.

Słowa maja znaczenie, które przypisują im używający ich ludzie. Być może publiczny odbiór słów „pirat” czy „piracki” jest nie do końca negatywny. To prawda, że w kulturze popularnej funkcjonuje obraz pirata jako romantycznego buntownika: kogoś, kto przeciwstawia się uzurpacyjnej, niesprawiedliwej władzy.

Wydaje mi się, że dla zrozumienia znaczenia, jakie mają konkretne słowa w konkretnym czasie warto byłoby przeprowadzić badania społeczne. Znaczenia słowom przypisują ludzie, więc to oni najlepiej wiedzą, co które słowa dla nich znaczą. Sądzę, że arbitralne definicje słownika zapisane w prawie, popularne dzieła kultury czy wreszcie teksty zaklinających rzeczywistość publicystów nie mogą precyzyjnie i jednoznacznie określić, jakie znaczenia mają słowa.
Polisemia też jest określeniem, które może charakteryzować pojęcia żywego języka: są słowa, które mają kilka znaczeń. Wreszcie te same słowa dla różnych ludzi czy grup mogą mieć różne znaczenia. Grupy podlegające różnego rodzaju opresjom od dawna używały strategii subwersywnych (a może dywersji – znów kłopot z językiem), starając się zmienić znaczenie słów początkowo używanych jako negatywne. I tak Afroamerykanie mówili do siebie „nigger”, „niggaz”, aby osłabić ostrze negatywnych emocji związanych z używaniem tego słowa przez białych. Ale to oni, a nie biali mogli decydować jakiego słowa wolą używać. W ustach białego to słowo brzmi prawie zawsze jak obelga. Dlatego uczestnicy ruchu wolnej kultury mogą nazywać siebie piratami. Mam jednak wrażenie, że w wypowiedzi przedstawiciela ZPAV brzmi to jednak jak obelga.
Dla określenia znaczenia słowa istotny jest też kontekst – zarówno samo otoczenie tekstowe, pozostałe słowa w wypowiadanym zdaniu, jak też szersze otoczenie sytuacyjne. Te same słowa w różnych sytuacjach, wypowiedziane przez te same osoby mogą mieć różne znaczenie. Co innego niesie ze sobą wyrażenie „Ty draniu”, kiedy młoda osoba mówi je wieczorem w wannie do konkubenta, niż kiedy mówi to do kierowcy samochodu, który właśnie ochlapał ją wodą z błotnej kałuży.

Znaczenia słów też mogą ulegać przeformułowaniu czy po prostu zmianie. I chyba taki jest zamiar tworzących „Partię Piratów” czy przytaczanych przez Krzysztofa Gutowskiego publicystów piszących o piratach w wymianie kultury. Chcą oni zabrać ze znaczenia tego słowa przemoc i cierpienia powodowane przez piratów tradycyjnie rozumianych, a zostawić w nim romantycznego ducha buntu przeciwko niesprawiedliwości.

Zastanawiam się także, jakie desygnaty kryją się za słowem „pirat” w użyciu Krzysztofa Gutowskiego, co dla niego to słowo oznacza. Czy ma na myśli tylko ludzi, którzy czerpią zyski z rozpowszechniania treści chronionych prawem czasowych monopoli intelektualnych? Czy chodzi mu tylko o płatne serwisy filesharingowe? Czy piratami są dla niego także osoby dzielące się plikami bez chęci zysku: użytkownicy sieci p2p, znajomi wymieniający się zawartością dysków przenośnych, iPodów? W swym tekście Krzysztof Gutowski pisze także sporo o serwisie chomikuj.pl, który dla niego ewidentnie jest głównym przykładem dla denotacji słowa „piracki”[2]. Sam autor tekstu o „brzydkich słowach na P” rozjaśnia te wątpliwości: „określenia «pirat», «piracki» są wygodnymi w użyciu synonimami takich wyrażeń jak: «nielegalny», «paser», «złodziej», «złodziejski», «dziupla», «melina»”. I tu precyzuje swoje nie-negatywne sensy stojące za słowem pirat. No przecież „nielegalny” to inaczej „walczący o wolność”, „paser” to obrotny przedsiębiorca, „złodziej” to umiejący się znaleźć w rzeczywistości kapitalistycznej, a „dziupla” i „melina” to określenia na ciepły kąt u mamy w domu. Zatem Krzysztof Gutowski także prowadzi swoją batalię o znaczenie słów „pirat”, „piracki”. Najpierw stara się nas przekonać, że to słowa o pozytywnych w zasadzie treściach, a potem jednak są synonimami jakby nieco mniej pozytywnych słów. Ręka w górę, komu te słowa kojarzą się pozytywnie.

W tej batalii o znaczenie słów istotne jest również, w moim mniemaniu, to, jaki problem takie słowa definiują: co jest problemem, kiedy używamy tych, a nie innych słów, jaki problem właśnie one opisują, co się wydaje problemem, kiedy rzeczywistość opisujemy, używając tych, a nie innych słów. Krzysztof Gutowski pisze: „Trzeba przekonać zwolenników otwartego Internetu, że wyeliminowanie z publicznego obiegu słów «pirat» i «piracki» nie rozwiąże problemu piractwa. Wprost przeciwnie, słowom tym należy nadać jasną definicję, wprowadzając do obiegu prawnego w stosunku do osób, które z pełną premedytacją zarabiają na udostępnianiu owoców nie swojej pracy.” Starając się przekonać innych do swoich znaczeń słów, staramy się im powiedzieć o naszym rozumieniu problemów świata, które są związane z tym znaczeniem. Jako zwolennik „otwartego internetu” nie jestem przekonany, że problemy zdiagnozowane przez użycie terminu „piractwo” są tak istotne, aby poświęcać dla nich takie wartości jak swoboda komunikacji.
Moim zdaniem problem określony przez Krzysztofa Gutowskiego mianem „piractwa” to raczej problem nielegalności codziennych działań sporej liczby ludzi: spora część społeczeństwa może czuć, że popełnia czyn zabroniony. To problem, że są próby przekonywania ludzi, że dzielenie się jest złe. To także spore ograniczenie dla nowej, potencjalnej twórczości, że nie można wykorzystywać w niej istniejących utworów bez stosownych opłat na rzecz posiadaczy praw.
A problem ekonomiczny, jaki zdaje się definiować słowo „piractwo” w rozumieniu Krzysztofa Gutowskiego, wydaje się być sformułowany w oparciu o domniemania i niesprawdzone dane. Jak pokazują publikowane różne badania i dane rynek muzyczny rośnie mimo wymiany plikami. Zatem wydaje się, że problem ekonomiczny związany z możliwością kopiowania plików jest rozwiązywalny. Są też propozycje utworzenia systemów gwarantujących dochody twórcom przy jednoczesnym całkowitym zalegalizowaniu powszechnie praktykowanych czynności.
Moim zdaniem to, że kopiowanie plików może być działaniem nielegalnym ma konsekwencje także dla sytuacji politycznej i szerzej, sytuacji ustrojowej, w jakiej żyjemy. Jeśli każdego potencjalnego niewygodnego działacza politycznego można oskarżyć o łamanie praw autorskich i skazać na tej podstawie na karę więzienia, to nie jest to dobre dla kondycji demokracji. Łatwo może znaleźć się władca (na różnych szczeblach władzy), który nie oprze się takiej pokusie.

Drugim ważnym problemem, który znajduję w sytuacji prawnej związanej z tym, co Krzysztof Gutowski określa jako „problem piractwa” widzę w pewnego rodzaju niesprawiedliwości społecznej. Tantiemy pobierane przez 70 lat po śmierci autora przez jego spadkobierców (lub spadkobierców właścicieli majątkowych praw wyłącznych) to kłopot: czy możemy sobie wyobrazić, że ślusarz żąda opłat od każdego, kto spojrzy na wykonaną przez niego bramę, jeszcze przez 70 lat po tym jak umarł? Dlaczego opłat przez tak długi czas miałby nie żądać nauczyciel za każdym razem kiedy jego uczniowie powołują się na nauczone u niego formuły? A może to jego uczniowie są jego „dziełem”, zatem czy nie powinien żądać daniny od każdej złotówki zarobionej przez swoich wychowanków? Czy jest sprawiedliwe, że pewna grupa społeczna żąda opłat za swoją pracę przez 70 lat po swojej własnej śmierci?
Rozumiem idee, że twórczość wymaga czasu, pracy (sam z niej także żyję), ale żądanie, aby korzystać z owoców pracy tak długo wydaje mi się absurdem. Może spróbujmy pomyśleć o prawie autorskim tak jak Virginia Postrell: 28 lat ochrony praw wyłącznych po rejestracji, z możliwością przedłużenia na kolejne 28 lat.

Krzysztof Gutowski pisze na zakończenie: „A prawo należy zmienić tak, żeby piraci nie byli bezkarni. Z korzyścią dla „przemysłu rozrywkowego” i ,,użytkowników kultury.”
W propozycji zaostrzenia ścigania tzw. „piractwa” nie widzę też żadnych korzyści dla użytkowników kultury. Czy będą wtedy mogli swobodnie remiksować istniejące utwory? A może będą mieli prawo dzielić się swoimi fascynacjami z nieznajomymi? Czy wreszcie spotkają się z erupcją łatwo dostępnej twórczości na niespotykaną wcześniej skalę?

1prawo autorskie osobiste – czy powinniśmy ścigać taki przejaw „piractwa”?

2Niedawno słyszałem opinię, że rozwój serwisów takich jak megaupload, mega czy właśnie chomikuj był możliwy ponieważ sieci peer-to-peer zostały przedstawione skutecznie opinii publicznej jako działalność piracka, nielegalna, niebezpieczna i niemoralna. Czy to zatem nie nadużywanie tych słów przez organizacje skupiające producentów doprowadziło do popularności serwisów czerpiących zyski z nielegalnej dystrybucji? Czy byłby komuś potrzebny chomikuj lub mega, gdyby mógł szybko wymienić się plikami za pomocą torrentów za darmo? A obecna sytuacja jest taka, że jest to tak samo nielegalne jak dystrybucja chronionych treści dla zysku, bo, jak twierdzą często na debatach przedstawiciele przemysłu, publiczności nie mającej czasu na czytanie ustaw korzystanie z takich treści wydaje się legalne, bo zapłaciła za nie.

Komentarze

Avatar
Krzysztof Gutowski
20 lutego 2013 14:33

Uff!! Ale mi się dostało. Niech tłumaczy mnie fakt, że nie miała to być rozprawka językoznawcza czy socjologiczna, tylko spostrzeżenie, ze przestanie używania pewnych słów nie zlikwiduje zjawiska. Nie o desygnaty i inne derywaty mi chodziło, ale o przepisy prawa i powszechne ich w Polsce lekceważenie. Przekonania można mieć różne, a prawa powinno się przestrzegać. W demokratycznych krajach organizuje się po to żeby prawo zmieniać, a nie łamać.

W odróżnieniu od pana Stankiewicza nadal widzę korzyści dla kultury z uniemożliwienia działalności piratów (tych w moim rozumieniu tego pojęcia). To jednak temat na dłuższą rozmowę.

Nie chodzi mi też o „zaostrzanie” walki z piractwem, ale o jej rozpoczęcie… Tyle że ścigać trzeba właściwe osoby. W tym miejscu powtórzę: należy ścigać tych, którzy z rozpowszechniania nie swojej pracy uczynili sobie źródło dochodu. Czy Pan, panie Pawle jest w stanie zgodzić się z taką opinią?

Panów Sienkiewiczów przepraszam za pomyłkę.

Krzysztof Gutowski

Avatar
mar_ta
20 lutego 2013 14:45

Coś z praktyki sądowej: Chomikuj.pl uważało, że zamieszczenia na stronach PIK (Polska Izba Książki) komunikatu, który mówił o tym, że Chomikuj.pl stosuje „pirackie praktyki” było naruszeniem dóbr osobistych. Sąd oddalił pozew i, jak na razie (tj. do rozpatrzenia zapowiedzianej już apelacji), PIK nie musi przepraszać za to sformułowanie operatora portalu.
http://prawo.rp.pl/artykul/757730,982621-Sad—Polska-Izba-Ksiazki-nie-musi-przepraszac-Chomikuj-pl.html

Avatar
20 lutego 2013 17:23

@Krzysztof Gutowski:

Przepraszam, nie chciałem bić – myślałem, że to tylko głos w debacie…

Mój, przydługi może nieco, wywód miał pokazać, że słowa na „p” mogą jednak mieć negatywne znaczenie. I negatywne nacechowanie emocjonalne. I jeśli ich używamy w debacie o reformie prawa autorskiego, to równie dobrze możemy używać w niej ich synonimów (w Pana rozumieniu), ale moim zdaniem debata zamienia się wtedy w pyskówkę, wymianę emocjonalnych ciosów.
Chciałem też pokazać, że strony takiej debaty powinny mieć przynajmniej zbliżone rozumienie znaczeń słów, których używają, inaczej będzie to seria równoległych monologów. Bez szans na wypracowanie praktycznych rozwiązań.

„Nie o desygnaty i inne derywaty mi chodziło, ale o przepisy prawa i powszechne ich w Polsce lekceważenie. Przekonania można mieć różne, a prawa powinno się przestrzegać.”
Istniej też teoria obywatelskiego nieposłuszeństwa, która mówi, że czasami bardziej moralnie jest łamać prawo. Nie chcę teraz rozstrzygać czy odnośnie naruszeń praw autorskich, interpretacja tych naruszeń w zgodzie z duchem obywatelskiego nieposłuszeństwa może mieć miejsce, ale chce tylko przypomnieć słowa H. D. Thoreau: „W takim państwie, w którym rząd niesprawiedliwie więzi ludzi, jedynym miejscem odpowiednim dla sprawiedliwego człowieka jest więzienie.”

„W demokratycznych krajach organizuje się po to żeby prawo zmieniać” – jak sądzę taki jest tez zamysł Jarosława Lipszyca z jego kampanią przeciwko słowom na „P”. Nie zaś likwidacja zjawiska. Zmiana prawa może się przyczynić do likwidacji zjawiska. Czy legalizacja wymiany na nie nastawionej na zysk nie zlikwidowałaby motywacji dla serwisów zarabiających na naruszeniach monopoli prawnoautorskich?

„W tym miejscu powtórzę: należy ścigać tych, którzy z rozpowszechniania nie swojej pracy uczynili sobie źródło dochodu.”
Czy ma Pan na myśli także wydawców i producentów w obecnym modelu funkcjonowania rynku praw autorskich?
Nie wiem czy jestem w stanie zgodzić się z taka opinią. jest zbyt upraszczająca, w moim mniemaniu. Uważam, że powinno się zalegalizować wymianę niekomercyjną.
Sądzę także, że walka z tzw. „piractwem” jest prowadzona w Polsce mniej więcej od 1994 roku. Złote Blachy, dezinformacyjne (nie uwzględniające dozwolonego użytku) reklamy BSA, kampania „legalna kultura”, kampania bądź bardziej świadomy, sprawa odsiebie.com…

Dziękuje, za szybka reakcję.

Avatar
Jarosław Lipszyc
21 lutego 2013 18:36

A ja zgadzam się w pełni. Uważam, że wykorzystanie niekomercyjne powinno być legalne, natomiast naruszenia prawa dokonywane w celach komercyjnych powinny być ścigane z całą surowością.

Dodaj komentarz