Organizator
Fundacja Nowoczesna Polska
Wspierane przez
Trust for Civil Society in Central and Eastern Europe
Avatar

Żywe trupy nie idą do sądu

26 lutego 2015 15:01
Krzysztof Siewicz

Co pewien czas mamy do czynienia z doniesieniami prasowymi na temat kontrowersyjnych spraw związanych z prawem autorskim lub patentowym. Historie o rzekomych patentach na zabawianie kota niosą ze sobą wystarczający ładunek sensacji, żeby rozprzestrzeniać się między różnymi serwisami. Do podobnej kategorii możemy zaliczyć ostatnie informacje o groźbach pozwu za umieszczenie na serwisie chomikuj.pl filmu 'Noc żywych trupów’. Wspólnym mianownikiem tych spraw nie jest jednak to, że dotyczą roszczeń niezasadnych czy wręcz absurdalnych. Paradoksalnie roszczenia te mogą, choć nie muszą, okazać się całkiem realne. Z prawnego punktu widzenia sprawy te łączy raczej to, że nie zostały (jeszcze) wiążąco rozstrzygnięte przez sąd. Przy czym, nie kłopotanie sądu może tu być nawet świadomą strategią jednej lub nawet obu zainteresowanych stron.

Wzmiankowana sprawa została nagłośniona przez Marcina Maja z Dziennika Internautów w dwóch artykułach. Z informacji przytoczonych w obydwu artykułach, w tym korespondencji wymienianej podobno pomiędzy stronami wyłania się następujący obraz. Otóż pewien użytkownik dokonał za pośrednictwem serwisu chomikuj.pl rozpowszechnienia filmu pod tytułem „Noc żywych trupów” (istotną informacją, nie tylko dla koneserów gatunku jest to, że podobno chodzi o oryginał z 1968 r., a nie późniejsze produkcje i przeróbki pod tym samym lub podobnym tytułem). Następnie, pewna organizacja skierowała do niego wezwanie do zapłaty ugody z tytułu wynikających z tego rzekomo naruszeń praw autorskich. Użytkownik twierdzi, że film jest w domenie publicznej, a organizacja odpowiada między innymi, że posiada na ten film licencję, ale ostatecznie od roszczeń „odstępuje”.

Czy możliwe jest rzeczowe skomentowanie tej sprawy z prawniczej perspektywy? Spróbujmy, przyjmując za punkt wyjścia to, że istnieje w zasadzie nieskończona liczba możliwych roszczeń, jakie każdy może zgłaszać pod adresem innych. Granicą jest tu chyba tylko fantazja, bo przecież papier jest cierpliwy, a do każdego roszczenia elokwentna osoba (nawet niekoniecznie prawnik) może dorobić przekonującą podstawę prawną. Dlatego też wszelkie medialne doniesienia o „patencie na koło” u doświadczonego prawnika nie wzbudzają zbyt wielu emocji. Co innego natomiast, jeżeli prawnik dowie się o zapadłym w takiej sprawie wyroku, najlepiej odpowiednio wysokiej instancji. To już zupełnie inna historia – dopiero wtedy bowiem mamy do czynienia z czymś, czego prawna doniosłość i znaczenie dla kolejnych spraw ma dość istotne znaczenie. W większości przypadków zatem, dopóki nie zapadł sądowy wyrok, wszelkie doniesienia o najbardziej nawet groźnych roszczeniach prawnych mogą stanowić jedynie interesującą ciekawostkę na temat tak zwanej „praktyki obrotu”, czyli w skrócie zwyczaju. Taką praktykę warto obserwować, ale jak w każdej innej dziedzinie nie zawsze należy ślepo podążać za jej trendem. Z drugiej strony oczywiście, doświadczeni prawnicy wiedzą, że nawet najwyższa sądowa instancja nie zawsze ma ostatnie słowo. Określony wyrok w jakiejś sprawie nie oznacza pewności, że w podobnej sprawie wyrok będzie identyczny. Witamy w świecie fascynującej rozgrywki, w której stawką bywają fortuny, kariery, a niekiedy zdrowie i życie. Oczywiście w granicach prawa.

Ale żywe trupy do sądu na razie nie poszły. „Odstąpienie” od roszczeń oznacza natomiast, że każda strona pozostaje przy swoim stanowisku. Każdy z nas też może mieć swój własny pogląd na sprawę, jednak „obiektywnie” prawa autorskie do „Nocy żywych trupów” (1968) są obecnie czymś w rodzaju kota Schroedingera. Ponieważ nie było rozstrzygnięcia, to nie jest wykluczone, że prawa te nie zostaną przez jakiś sąd uznane. Wiemy natomiast, że jest ktoś, kto może chcieć je egzekwować – w bliżej nieokreślonej przyszłości, w bliżej nieokreślonej skali. Jaka z tego wynika praktyczna wskazówka dla kogoś, kto chciałby korzystać z tego pomnika kinematografii?

Taki ktoś może oczywiście znaleźć artykuł w Wikipedii informujący, że prawo autorskie nie chroni filmu z uwagi na niedopatrzenie producenta polegające na nieumieszczeniu noty copyright w filmie. Taka nota była wówczas wymagana dla objęcia ochroną, a Stany Zjednoczone dopiero później przystąpiły do Konwencji Berneńskiej, która zakazała takich formalności. Osoba, która poprzestanie na tej informacji, utwierdzi się zapewne w przekonaniu, że prawa autorskie żywych trupów są dawno… nieżywe.

Jednak wniknięcie w tę sprawę głębiej prowadzi do konieczności odpowiedzi na pytania typu czy drzewo upadające w bezludnym lesie wydaje dźwięk? Otóż według niektórych informacji nota copyright b y ł a zamieszczona na egzemplarzach filmu w jego pierwotnej wersji (na planszach z pierwotnym tytułem). Producent, który zmienił tytuł filmu nie umieścił noty na planszy tytułowej, gdyż zwyczajowo była ona umieszczana na końcu filmu (o czym z kolei zapomnieli twórcy filmu). Z prawnego punktu widzenia istotne jest jednak to, że istniały jakieś kopie filmu, które taką notę zawierały, a które zostały podobno zniszczone w wyniku zalania magazynu. Mamy tu dwie ważne prawnicze kwestie. Po pierwsze, czy istnienie tych kopii, pomimo równoczesnej dystrybucji filmu w wersji bez noty, wystarczy do uznania, że taka nota została jednak umieszczona w sposób wywołujący skutki prawne? Po drugie, czy to obecnie da się w ogóle udowodnić (zakładając, że wszystkie kopie zostały istotnie zniszczone, a dowodem na ich istnienie może być ewentualnie np. zeznanie świadka)?

Czy te zagmatwane okoliczności to problem dla powoda czy bardziej dla pozwanego? Generalnie rzecz ujmując, to powód powinien wykazać, że prawa mu przysługują. Istotne jest tu m.in. wykazanie, że ochrona nie wygasła. Ale obecnie prawo nie zawiera wymogu umieszczania not copyright, wobec czego sąd nie będzie o to najprawdopodobniej pytał dopóty, dopóki to pozwany nie podniesie zarzutu, że prawa autorskie wygasły z uwagi na niedochowanie wymogu umieszczenia noty. Na tym przykładzie widać, że poza wyżej opisanymi okolicznościami bardzo istotne znaczenie ma jakość obsługi prawnej, jaką dysponuje każda ze stron.

Jest jednak bardzo prawdopodobne, że nigdy nie doczekamy się wiążącego rozstrzygnięcia tych pasjonujących dla prawnika niuansów. Nie znam oczywiście strategii procesowej pełnomocnika rzekomych licencjobiorców filmu „Noc żywych trupów”, ale wniesienie pozwu generowałoby dodatkowe koszty i problemy, w świetle których ewentualna wygrana mogłaby się okazać pyrrusowym zwycięstwem (zwłaszcza z uwagi na to, że poniesione koszty zapewne znacznie przekroczyłyby ewentualne możliwe do wyegzekwowania odszkodowania). Przegrana natomiast, poza kosztami byłaby kompromitacją, rzutującą nie tylko na możliwość „monetyzacji naruszeń” z tego filmu, ale bardzo możliwe, że także z innych. Adresaci roszczeń i sędziowie mogliby się bowiem wtedy stać bardziej czujni, mogliby zacząć zwracać większą uwagę na prawnicze niuanse i tak dalej…

Komentarze

Avatar
26 lutego 2015 15:32

Kancelaria Baley & Morgan najprawdopodobniej nie istnieje. Świadczy o tym strona która jest zupełną atrapą, zarejestrowana w sposób ukrywający tożsamość podmiotu rejestrującego oraz to, że takiej firmy nie ma w rejestrze firm w Zdjednoczonym Królestwie (wck2.companieshouse.gov.uk/), a brytyjskim adresem się ta firma posługiwała.

Wszystko to wygląda na jakieś oszustwo.

Dodaj komentarz